poniedziałek, 30 czerwca 2014

"Taniec ze smokami. Część I", George R.R. Martin

Wydawnictwo Zysk i S-ka
Każdą przeczytaną część sagi trudniej mi się opisuje. W sumie zbyt wiele się nie zmienia: książki są bardzo podobne, chociaż oczywiście ich treść się różni. Jednak styl, poziom wyrafinowania, język - wszystko to pozostaje mniej więcej takie same i z tego powodu, pomimo mojego zachwytu, nie bardzo potrafię napisać o nich dużo.

W "Tańcu ze smokami" robi się mało sympatycznie. Trup ściele się gęsto, wojownicy z każdego z rodów walczą, smoki zioną ogniem. Zima przestaje być jedynie odległą groźbą i staje się faktem. Życie we wszystkich zakątkach świata jest coraz trudniejsze.

Tyrion Lannister musi uciekać z Westeros, udaje się więc w daleką podróż, pragnąc dotrzeć do Daenerys. Matka smoków rządzi w kolejnym mieście, gdzie nie omijają jej zdrady, a oplata sieć spisków. Trudno zorientować się, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem - kłopot ten mają zarówno bohaterowie książki, jak i jej czytelnicy.

W trakcie czytania miałam wrażenie, że w kolejnym tomie intryga się zagęszcza, a im bardziej byłam przekonana o tym, że znam motywy postępowania konkretnych postaci, tym bardziej zawiłe okazywały się faktyczne rozwiązania problemów. Martin stawia przed swoimi fanami niełatwe zadanie przedzierania się przez gąszcz wątków - ale jest to koszt wart poniesienia. Myślę, że żaden z wielbicieli sagi nie poczuje się lekturą "Tańca ze smokami" zawiedziony.

sobota, 21 czerwca 2014

"Francja elegancja, czyli Anglik w podróży kontynentalnej", Michael Simkins

Wydawnictwo Pascal
Wypożyczając tę książkę, miałam w pamięci "Merde! Rok w Paryżu" Stephena Clarke'a, którą czytałam dawno temu. Pamiętam, że tamta lektura dostarczyła mi sporo rozrywki, śmiałam się w głos, rozbawiona anegdotami i stereotypami, opisywanymi przez autora. Sięgając po "Francję elegancję" spodziewałam się czegoś podobnego i, niestety, trochę się rozczarowałam.

Simkins pisze dobrze, ale jakby... nudnawo. Teoretycznie przytacza zabawne historie i rzeczywiście, kilka razy się uśmiechnęłam - ale to mi nie wystarczyło. Książka jest w porządku, ale taka recenzja raczej nikogo nie zachęci, prawda?

Michael Simkins za namową żony wyrusza na samotny podbój Francji, przez kilka miesięcy podróżując francuskimi pociągami, jedząc w bistro, śpiąc w hotelach i pensjonatach. Stara się zanurzyć w kulturze, czasami modyfikując plany pod wpływem impulsu i podejmując dosyć brawurowe kroki, takie jak udział w paryskim tygodniu mody (przypominam, że mowa o Angliku noszącym wygodne, workowate spodnie, sandały i panamę). Autor zwiedza większość miejsc, które wypada zobaczyć, jadąc do Cannes (pałac festiwalowy jest brzydki), Bordeaux (wino ma kwaśny smak) i Lourdes (te tłumy!). Skrzętnie opisuje swoje wrażenia, spotkanych ludzi i obejrzane miasta, przyjmując lekki, żartobliwy ton.

Nie zaskoczę pewnie nikogo pisząc, że pod koniec podróży Simkins, wcześniej sceptycznie nastawiony do wszystkiego, co francuskie, zmienia zdanie i docenia uroki kraju. Cóż, brawa dla niego. Szkoda tylko, że czytelnicy raczej nie będą równie zachwyceni.


"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął", Jonas Jonasson

Wydawnictwo Świat Książki
Życiem bohatera książki, Allana Karlssona, można by obdzielić kilka osób. Allan ma sto lat i wiele przygód za sobą - a i przyszłość nie zapowiada się spokojnie, odkąd żwawy skądinąd staruszek postanawia wyskoczyć przez okno domu opieki i poszukać dalszych wrażeń.

Stulatek wsiada do autobusu byle jakiego, wcześniej, po wpływem impulsu, kradnąc walizkę należącą do pewnego młodzieńca. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy wysiada na przystanku w środku pustkowia, stwierdzając, że skradziony bagaż wypełniony jest banknotami stukoronowymi. Na stacji spotyka Janosa Jonssona, również niemłodego i niezbyt uczciwego, ale na tyle pomocnego, żeby zaprosić Allana do domu. Śladem staruszka podąża poprzedni właściciel walizki, wściekły, ale na szczęście niezbyt inteligentny, więc mężczyznom udaje się go unieszkodliwić, zamykając go w zamrażarce. Później wódka się leje, opowieści płyną, a nad ranem okazuje się, że owszem, Allan i Janos mają 5 milionów koron, ale również zamrożonego na śmierć chłopaka na głowie. Postanawiają pozbyć się problemu i tak rozpoczyna się ich podróż, w trakcie której spotkają kilku oprychów i ich przypadkowo zamordują, zdążą się zaprzyjaźnić, poznać jednego słonia i wiele interesujących osób.

Historia dziejąca się współcześnie przeplata się z opowieściami z bogatego życia głównego bohatera, obejmującymi między innymi udział w skonstruowaniu bomby atomowej, liczne kolacje jedzone w towarzystwie amerykańskich prezydentów i Przewodniczącego Mao, wódkę pitą ze Stalinem i jeszcze więcej wódki pochłoniętej ze zwykłymi obywatelami wielu krajów, często egzotycznych. Allan nie jest wykształcony ani specjalnie bystry, ale ma szczęście, dzięki któremu udaje mu się przeżyć życie, o którym chce się opowiadać - zwłaszcza przy kieliszku czegoś mocniejszego.

Jonas Jonsson napisał rewelacyjną, zabawną opowieść o nonkonformiście, który nie traci chęci do życia tak długo, jak może robić to, na co ma ochotę. Kiedy staruszek trafia do domu opieki, ze wszystkimi jego zasadami i ograniczeniami, zaczyna podupadać na ciele i duszy i jedynym wyjściem staje się ucieczka. Zamknięcie jest gorsze niż obóz pracy, niż przejście przez Himalaje, niż spotkanie z Berią. Zamknięcie i wtłoczenie w ramy jest równoznaczne ze śmiercią, a Allan, pomimo słusznego wieku, nie wybiera się w zaświaty.

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" to interesująca, wielowątkowa książka, znakomita na wolny weekend, kiedy nie ma się ochoty na przygnębiającą, poważną lekturę. Gorąco polecam!

"Moja Trójka", Bartosz Janiszewski

Wydawnictwo Zona Zero
Słuchanie Programu Trzeciego Polskiego Radia jest dla mnie naturalne jak oddychanie. Ta stacja towarzyszy mi od dzieciństwa, bo wierni jej byli (i nadal są) moi dziadkowie i rodzice. Kiedy zaczęłam mieszkać sama, dźwięki Trójki zagościły w kolejnych wynajmowanych pokojach, sprawiając, że nie czułam się samotna, bo miałam przy sobie znajome głosy i ulubione audycje. Podobne doświadczenia dzieli wielu słuchaczy, a jednym z nich jest Bartosz Janiszewski, autor książki, którą z radością wypożyczyłam z biblioteki.

"Moja Trójka" to przegląd faktów dotyczących stacji radiowej, pomieszanych z anegdotami, dowcipami, zabawnymi historiami z codziennego życia dziennikarzy i realizatorów. To opowieść o tym, jak robi się radio, kto siedzi przy mikrofonie, a kto przy odbiornikach radiowych. Bartosz Janiszewski napisał książkę dla takich jak on wielbicieli Programu Trzeciego, którzy zastanawiali się, jak wygląda tworzenie listy przebojów, w jakich okolicznościach powstały świąteczne licytacje, itd. Stworzył tom zabawny, ciepły i bardzo, bardzo ciekawy.

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, z których każdy dotyczy innego tematu: jest więc część o słuchaczach, o muzyce czy o głosach w mikrofonach. Do tego gdzieniegdzie pojawiają się historie o napadach na amerykańskie banki, które można usłyszeć na antenie w rozmowach między Markiem Wałkuskim a Kubą Strzyczkowskim - uwielbiam te anegdoty, zawsze absurdalne, zabawne również wtedy, gdy się je czyta.

Ponieważ Trójka często towarzyszy mi w ciągu dnia, gdy zajmuję się gotowaniem, nauką czy lekturą  właśnie, pochłaniałam "Moją Trójkę" przy dźwiękach płynących z radioodbiornika. Zabawnie czytało się o Marku Niedźwiedzkim, słysząc jego głos - ale dzięki temu książka zyskiwała nową jakość. Jednak i bez takiego "wspomagania" opowieść bardzo mi się podobała, nie tylko z uwagi na poruszany w niej temat, ale i dlatego, że jest po prostu dobrze napisana - lekko, dowcipnie i pogodnie. Czytelnik może poczuć, że autor naprawdę kocha radio i chce się swoją miłością dzielić z innymi. Polecam!

czwartek, 12 czerwca 2014

„Georgialiki. Książka pakosińsko-gruzińska”, Katarzyna Pakosińska


Wydawnictwo Pascal

Od kilku miesięcy myślę o podróży do Gruzji. Dużo słyszałam o jej cudownej przyrodzie i gościnnych ludziach, a także o pysznym jedzeniu, którego całkiem duża część nadaje się dla wegan. Na razie wyprawa pozostaje w sferze marzeń, ale tym bardziej mam ochotę czytać książki tych szczęśliwców, którzy już zwiedzili Tbilisi i pili gruzińskie wino.

Katarzynę Pakosińską znam, jak pewnie większość Polaków, jako artystkę kabaretową. Nie wiedziałam o jej miłości do Gruzji, ale okazało się, że aktorka nie tylko ten kraj często odwiedza, ale i potrafi o nim z lekkością i dużą pasją pisać. Owocem jej zainteresowań są „Georgialiki” – ciekawa, choć dosyć specyficzna książka.

Autorka po raz pierwszy odwiedziła Gruzję jako nastolatka i z miejsca się zakochała. Nie tylko w tamtejszej kulturze, ale i w przystojnym Mamuce. Przez lata para utrzymywała kontakt, ale w końcu listy przestały docierać do odbiorcy. Dorosła już Pakosińska zapragnęła odnaleźć Mamukę – i znaleźli się też podobni do niej wariaci, gotowi jej te poszukiwania umożliwić. Jak to w bajkach bywa, para się spotkała, a aktorka postanowiła przybliżyć swój ukochany kraj innym Polakom. Niedługo potem wróciła do Gruzji, tym razem w towarzystwie ekipy filmowej – i zaczęła kręcić „Tańczącą z Gruzją”, autorski film dokumentalny. A niejako przy okazji powstała książka.

„Georgialiki” są podzielone na dwie części: pierwsza opisuje poszczególne regiony kraju, nie pomijając ludzi, sztuki wygłaszania toastów i pysznych lokalnych potraw (autorka zamieściła też kilka przepisów). W drugiej Pakosińska rozmawia ze swoimi gruzińskimi przyjaciółmi, a także z obcymi, którzy przyjaciółmi natychmiast się stają. Mówią o tym, co w ich kraju jest wyjątkowe, co lubią, co chcieliby ukryć przed światem. Obie części zostały bogato ozdobione zdjęciami i reprodukcjami dzieł sztuki.

Styl aktorki jest bardzo osobisty: autorka pisze tak, jakby zwierzała się znajomemu. Z humorem i lekko, choć czasami uderza w bardziej nastrojowy ton. Pakosińskiej chyba nie da się nie lubić, nawet z perspektywy czytelnika – i podobnie jest z Gruzją.

czwartek, 29 maja 2014

„Uczta dla wron. Sieć spisków” George R.R. Martin


Wydawnictwo Zysk i S-ka

Czytanie tej książki przesunęło mi się w czasie prawie o…  rok. Wyjeżdżając na wakacje, wzięłam ze sobą oba tomy „Uczty dla wron”, zadowolona, że będę miała świetną lekturę na długi lot. W samolocie wyjęłam książkę z torby i okazało się, że, jakimś cudem, pomyliłam części i do bagażu podręcznego spakowałam drugą, zamiast pierwszej. Niestety, na miejscu odkryłam, że w walizce mam identyczny tom… Kupiłam dwa takie sama. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać.

Po powrocie do domu ciągle odkładałam kupno brakującej książki i tym sposobem przeczytałam „Sieć spisków” dopiero teraz. Ale dzięki temu radość z obcowania z martinowskim światem się przedłużyła, więc w sumie nie stało się nic złego.

Kolejna część sagi ma ogromną zaletę – Joffrey w końcu umarł i czytelnicy nie muszą już „oglądać” jego paskudnej buźki. Cieszę się bardzo, bo wyjątkowo gada nie lubiłam. W książce nie brakuje za to moich ulubionych bohaterów: Brienne, nadal dzielnej i upartej; Sama, nadal tchórzliwego, ale walczącego ze swoim charakterem oraz z morzem, umierającym maestrem i płaczliwą Goździk; Aryi, mieszkającej w dalekim Braavos, której historia rozwija się wyjątkowo ciekawie. Jest też Jamie, pokazujący się raz od lepszej, raz od odpychającej strony (chociaż Martin chyba też go lubi i chce przekonać do niego czytelników). Poznajemy fragment przeszłości Cersei, a ją samą zaczynamy… rozumieć? Może to zbyt mocne słowo, ale kobieta nie wydaje się aż tak nieludzka.

Królowie nadal walczą, zima nadal nadchodzi, myśliwi ścigają ludzką zwierzynę. Pozornie nic się u Martina nie zmienia, ale tak naprawdę każda strona przynosi rozwiązanie kolejnej zagadki lub przeciwnie: odkrywa kolejną tajemnicę. „Sieć spisków” to prawdziwa uczta dla wielbicieli sagi, która pozwala zapomnieć o całym świecie na długie godziny.

czwartek, 15 maja 2014

„Awantura na moście. Komedyja wieków minionych”, Marcin Hybel


Instytut Wydawniczy Erica

Lubię fantasy i zabawne książki, ale w przypadku „Awantury na moście” coś nie zagrało. Teoretycznie książka zawiera wszystko to, co powinno się w niej znaleźć: magię, złych i dobrych władców, wątek miłosny i rycerzy (nie ma smoków, ale to chyba nie jest obowiązkowy element?), autor posługuje się przystępnym językiem, a i fabuła wydaje się być całkiem ciekawa. A jednak, nie czytało mi się tej powieści zbyt dobrze – w sumie nie mogłam się doczekać końca. Być może po prostu nie trafiła w mój gust i nie ma w tym winy pisarza.

„Awantura na moście” przenosi czytelnika w bliżej nieokreślone, ale bliskie wiekom średnim czasy, do grodu Nograd. W mieście tym nie ma zbrodni, występków, oszustw ani nawet awantur – krótko mówiąc, jest niesamowicie nudno. Mieszkańcy marzą o jakimś wydarzeniu, które urozmaiciłoby ich codzienność.

W świątyni bogobój Kumar szuka sposobu na zdobycie płacideł – wszak obiecał je rozdawać opornym wiernym, licząc na większą frekwencję na nabożeństwach. W tym celu postanawia namówić swojego parafianina, byłego rozbójnika, do powrotu do jego dawnego zawodu – sposób może mało chwalebny, ale w końcu to wszystko ma przyczynić się do zbawienia zagubionych dusz. Napełnienie skarbca nie jest jedynym zmartwieniem Kumara – jego brat zostawił mu pod opieką córkę, Aliwię, dziewczę zakochane i zdeterminowane, by zobaczyć się z ukochanym.

Tymczasem w Nogradzie dwóch starych – dosłownie i w przenośni – przyjaciół pragnie przypomnieć sobie czasy młodości, a przy okazji zdobyć trochę płacideł. W tym celu układają plan rabunku, starając się zapomnieć o dolegliwościach fizycznych i zaburzeniach pamięci – bo przecież liczy się determinacja, a dawne umiejętności nie znikają…

„Awantura na mości” ma stanowić pierwszą część cyklu książek, ale raczej nie sięgnę po kolejne tomy. Sama nie wiem, czego mi w powieści brakowało, ale było to na tyle istotne, że nie pozwoliło mi w pełni cieszyć się lekturą. A szkoda, bo pomysł na historię wydawał się świetny.